W związku z licznymi pytaniami dotyczącymi genezy naszego rewolucyjnego systemu edukacyjnego, postanowiliśmy podzielić się kilkoma anegdotami z historii naszej szkoły.
Nasza szkoła od zawsze szczyciła się niskim czesnym, przyjazną atmosferą i
niemal 100% zdawalnością. Niemal, bo mieliśmy dwa przypadki
niekontynuowania nauki. Jeden ze studentów w trakcie studiów
tragicznie zmarł. Spadł z rusztowania w Anglii. To był bardzo
dobry student. Co prawda nie zawsze miał czas uczestniczyć w
zajęciach... albo egzaminach... albo pojawić się w dziekanacie...
ale za to chętnie płacił za przywilej zaliczania prze e-mail.
To była dla nas wielka strata. A o drugim przypadku opowiem za chwilę.
Jak zrewolucjonizowaliśmy edukację? Miałem w tym swój udział. Kiedyś, na ekonomii, zadałem studentom pytanie: ile to jest 2*3+5. Studenci do
zadania zabrali się z zapałem. Żwawo wyciągnęli komórki i
zaczęli szukać opcji „kalkulator”. Nie minął nawet kwadrans, a już zaczęły padać
pierwsze, zaskakująco zgodne odpowiedzi: 11. Jakaś lizuska nawet
wstała i ładnie, pełnym zdaniem wydeklamowała, że 2*3 to 6, a
6+5 to 11. Przez moment myślałem, że zacznie liczyć na palcach,
ale chyba się powstrzymała.
Potem jednak zadałem pytanie trudniejsze. Ile to jest 5+2*3. I
wtedy rozpętało się piekło. Większości studentów wychodziło
bowiem 21, innym zaś 11. Padały również inne wyniki, ale była to
zdecydowana mniejszość. Będąc wykładowcą nowoczesnym,
pozwoliłem studentom samodzielnie dojść do prawdy. Postanowiłem interweniować dopiero, gdy ktoś zaczął wyciągać średnią z
uzyskanych wyników. Zanim mi się
jednak udało, lizuska ponownie wstała i wydeklamowała, że 5+2
daje nam 7, a 7*3 równa się 21.
To był dobry moment, żeby
powiedzieć studentom o kolejności wykonywania działań. Że
najpierw robimy mnożenie, a potem dodawanie. I że mieli to w
czwartej klasy szkoły podstawowej. Ależ oni się na to obrazili. Lizuska wybuchła płaczem i wybiegła
z sali. Inni zaczęli krzyczeć, że „kto takie rzeczy pamięta”,
że to było dawno, że powinienem zrobić powtórkę... Broniąc
się, tłumacząc że to jak czytanie i pisanie, że trzeba to
wiedzieć, pogarszałem jedynie swoją sytuację. W końcu studenci
wyszli z sali, a sprawa trafiła do dziekana.
Dziekan zawsze stał po stronie studentów. W sumie nic dziwnego,
skoro to oni płacili. Zaczął mi mówić, że uczelnia nie aspiruje
do miana „wiodącej” i że studentów wiedzą przytłaczać nie
należy. „To może od razu damy im kredki i kolorowanki!”
krzyknąłem. I tak narodził się przełom.
Dziekan tak zapalił się do nowego pomysłu, że bez trudu przekonał
do niego rektora i kanclerza. Trochę im było żal, że nie mogą
sami na czas zrobić tych kolorowanek, bo wtedy mogliby je sprzedać
studentom jako podręczniki. Musieli odłożyć to do przyszłego
semestru. Uznali za to, że to uczelnia zajmie się zakupem i
książeczek i kredek. I że z tego tytułu podniosą czesne o 10%.
Na taki ruch konieczna była jednak zgoda samorządu studenckiego.
Przewodniczący samorządu okazał się twardym negocjatorem.
Wiedział, który sklepik papierniczy jest oficjalnym dostawcą tego
typu materiałów i czyja żona go prowadzi. Obiecał tego jednak nie
nagłaśniać, jeśli w sklepiku tym otrzyma stanowisko „specjalisty
do spraw Public Relations”. I faktycznie, dostał tą pracę. Na
śmieciówce, bo na śmieciówce, ale dostał.
Kiedy o nowym sposobie prowadzenia zajęć poinformowano studentów,
ci podzielili się na dwa obozy. Dla jednych był to bardzo dobry
pomysł. Inni natomiast woleli sami przynosić kolorowanki i kredki.
Bo 10% podwyżki czesnego ta za dużo. Na specjalnym zebraniu dziekan
tłumaczył, że wybór książeczek to kwestia jakości nauczania, a
ten sam rodzaj kredek daje równość szans. W końcu stwierdził,
że nie ma o czym gadać, bo przecież wszystko zostało ustalone z
samorządem studenckim. Dla wielu studentów to była wielka
niespodzianka – że mają samorząd.
W końcu wypracowano kompromis. Zaoczni płacą, dzienni kupują
materiały sami, ale tylko te wskazane przez wykładowców. Kanclerz
był niepocieszony. Wiedział, że zamiast kolorowanki kupować,
studenci będą korzystać z kserówek. Miał tylko nadzieję, że
użyją ksero z uczelni, które prowadził jego syn.
I tak oto rozpoczęliśmy nowy rozdział w historii edukacji wyższej.
Na początku owszem, były potknięcia. Czasem trzeba było temat
kolorowanek naciągać do tematyki zajęć. Bankowość miała na
przykład łatwo. Wystarczyło znaleźć książeczkę o świnkach i
dać zadanie studentom, żeby przerobili je na skarbonki. Analiza
Finansowa miała już trudniej, ale udało się znaleźć książeczkę
z pieniążkami. Była jednak trochę zbyt szczegółowa, więc
pozwolono studentom kolorować tylko te pieniążki, które im się
najbardziej podobają. I to w dowolnych barwach. Były jednak
kryzysy. Pani od Rachunkowości Bilansowej była bliska załamania.
Pierwsze zajęcia prawie odwołała. Znalazłem ją w pokoju
nauczycielskim zawodzącą „nie ma materiałów... nie ma
materiałów”. Szybko dałem jej jeden z moich obrazków (był tam
domek, krówki, traktor, kwiatki, ptaszki... takie tam) i
podpowiedziałem temat zajęć: „pokoloruj środki trwałe”. Ona
się wtedy roześmiała, objęła mnie i pocałowała. To był nasz
pierwszy pocałunek... Wzruszająca historia...
Tak więc po pierwszych tarciach wszystko szło gładko. Tylko
egzamin pozostawił mi pewien niesmak. Gdy podzieliłem studentów na
grupy – żeby nie ściągali – wszyscy chcieli być w grupie A. I
faktycznie, w tej grupie prace były najlepsze. Niektórzy
wykorzystali nawet akwarele. Dziwne, bo na egzaminie nikt farbek nie
miał. Zacząłem podejrzewać, że studenci dowiedzieli się o
zadaniu dla grupy A, zrobili je w domu i podłożyli gotowce.
Rozmawiałem na ten temat z dziekanem. On uznał, że studentów
trzeba nagrodzić za pracę w domu. Dostali więc piątki z małymi
uśmieszkami. Pozostali mieli piątki bez uśmieszków. Wtedy właśnie
straciliśmy drugiego studenta w historii szkoły. To ta lizuska, o
której mówiłem. Nie dostała uśmieszka i – nie wytrzymując
presji – odeszła z hukiem.
Nasz system stał się przełomem. Wkrótce wszyscy zaczęli go
kopiować. Ale to my byliśmy liderem. Przyznam, że robiłem wtedy
200% pensum. To były dobre czasy. Więc co się stało, że się
skończyło? Niż demograficzny. Pokonała nas demografia. Po prostu
liczba studentów zaczęła się zmniejszać, a koszty zaczęły
wzrastać. Wciąż istniejemy, ale to nie to samo.
Ale zobaczycie. Po niżu przyjdzie wyż. A my ruszymy z nową
techniką! Dziekan ma plan – kolorowanki na tablecie. Do lamusa
odejdą kredki. Cały pieniążek będzie można pokolorować jednym
dotknięciem! Edukacja wyższa stanie się jeszcze bardziej dostępna!
Planujemy nawet promocję – trzy dyplomy w cenie dwóch. I
platformę e-learningową. Zobaczycie! Nasz system sprawi, że
wkrótce to my staniemy się najbardziej wyedukowanym narodem Europy.
Myślicie że to niemożliwe? Sprawdźcie Eurostat! Już teraz
zajmujemy trzecie miejsce. Drogę zagradza nam jedynie Bułgaria i
Rumunia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz